HISZPANIA OLE

Trochę czasu minęło. Praca mnie zassała, ale w końcu popełniłem małą relację z wyjazdu do Hiszpani z mieszaną ekipą Hyena Team. Myślę, że jak powstaną jakieś filmy, zostaną udostępnione zdjęcia to w zimowe wieczory miło będzie powspominać.

A więc tak w skrócie i hromologicznie :-)

Wylot do Malagi – 8.10

8:00 spotkanie na lotnisku w Krakowie w składzie Arek, Jarek, Michał, Sergio, Iva (najładniejsza z nas – Czeszka) no i ja Marek. Z powodu mgły lot opóźniony prawie o 5 godz. Z tego też powodu nie doleciał z Gdańska Art. Po krótkim koczowaniu na lotnisku w Krakowie przewieziono nas do Katowic. Generalnie straszny burdel, ale humory dopisują. Myślę sobie – ciekawie będzie – Hyena Team … i wszystko jasne.

20131008_114920

Już w autobusie uskuteczniana jest przyjaźń hiszpańsko-polska, ale to dopiero początek. Nie wspomniałem o zabawach z butami, znalezionej butelce whisky i sami wiecie. W końcu ok. 17 wylatujemy. Sergio gubi kartę pokładową, ale to nie problem. Ok. 20stej jesteśmy w Maladze. Odbieramy bagaże, wypożyczamy auta i 22 jesteśmy w Algodonales. Zakwaterowanie u JJ, kolacja, piwko i spać.

Dzień 1 – 9.10.

Od rana silny wiatr i lampa. Jedziemy na lądowisko pod El Lijar. Po krótkim „briefingu” decydujemy się na wycieczkę do Olvery. Krótkie łażenie po miasteczku, piwko i powrót.

20131009_131654

 

20131009_131417

Wjeżdżamy na startowisko południowe. Ja jadę po Arta do Malagi. Chłopaki w tym czasie latają. Lądowanie przy światłach samochodu. Wieczorem pescado i piwko.

Dzień 2 – 10.10

Godz. 10 śniadanie. Sprawdzenie prognoz. Wiatr słabszy. Wjeżdżamy na El Lijar.  Krótkie rozeznanie warunków.  Jarek odpala jako pierwszy.  Raportuje, że jest rześko w powietrzu. Odpalam i ja. Po wykręceniu kieruje sie na Olvere, gdzie byliśmy wczoraj. Potem kurs na Rondę. Zmienny wiatr powoduje,  że miotam się, nie wiadomo jak wrócić. Próbuję najpierw w kierunku zachodnim, dostać się na zbocza doliny i wzdłuż jeziora powiosłować do Algo, ale już po kilkunastu minutach odpuszczam. Jest turbulentnie, nie posuwam się za bardzo do przodu, tracę wysokość. Po odbudowaniu próbuje na wschód. Tu tez blokuje mnie jeszcze silniejszy wiatr. Z wiatrem nie chciałem odwijać, bo blisko strefa. Bujałem się tak w tej dolinie ze 2 godziny i dość dokładnie obejrzałem Rondę. Zwiedzaliśmy ją jakieś dwa lata temu. Chciałem tu wrócić – udało się, i to górą. W końcu próbuję ponownie zachodnią stroną. Wiatr tym razem jakoś pozwolił na opuszczenie doliny. Zrobiło się bezchmurnie, wykręcam już słabe kominy, aby przeskoczyć wyżej na taki niby płaskowyż i tam już się poddaję. Siadam w upatrzonym i wolnym od byków i innego bydła miejscu. Po ponad 5 godzinach lotu miałem dość. Zostało mi jakieś 20km do Algo. A co tam pochwalę się: http://www.xcportal.pl/node/62972

Po 1,5godz znajduje mnie Art, zdążyłem zrobić w tym czasie 6km z buta w poszukiwaniu piwa. Chłopaki w tym czasie polatali po południowej stronie, wjechali jeszcze raz i do nocy bujali sie po zachodniej stronie. Wieczorem zasłużona kolacja piwko i jeszcze trochę piwka. No i pamiątkowe zdjęcie.

20131010_233240

Dzień 3 – 11.10

Dzisiaj silniejszy wiatr ponownie. JJ proponuje nam nowe miejsce: Ronda el Vieja, gdzie ma być lżejszy wiatr. Docieramy tam i faktycznie jest nawet za slaby wiatr, ale szybko przybiera na sile. Startuje Michał, ja po nim. W powietrzu trochę tyrpie. Po wczorajszym dniu nie mam parcia na latanie tym bardziej, że za plecami Ronda, a tam już wczoraj byłem. Pół godziny i robię top landing dzięki podpowiedziom Jarka. Jedziemy do knajpy z zamiarem powrotu jak zelżeje wiatr. W knajpie oczywiście robimy przegląd menu, zamawiamy różne dania, których nazw nie pamiętam.  Było smacznie i dużo, oczywiście wszystko przeplatane piwkiem.

20131011_164609

Po powrocie okazuje sie, ze dojechało pół Algo i wszyscy czekają na warun. Ale warun jak to warun, opóźniał się. Zostaliśmy tylko my i Arek uznał, że są warunki do latania chociaż wg mnie nic sie nie zmieniło.  Odpalił z niższego startowiska i faktycznie okazało sie ze da się. Odpaliłem jako kolejny z małym piruetem, potem Jarek. Latanie do zmierzchu. Przy lądowaniu prawie na wstecznym, wywijam orła po zaoranym, identycznie robi Łysy, tylko Arek ląduje jakoś przyzwoicie. Zwijamy się po ciemku, jazda do domu, kolacja wiadomo piwko, piwko i spać, a może nie do końca bo coś tam dokazywaliśmy w nocy.

 de Viecha

Dzień 4 – 12.10

Jak zawsze pobudka o 9 lada świt.  Tak tak o 8 jest jeszcze ciemno. JJ zapodaje kurs na klify w Matalascanas, gdyż na miejscu mamy znów zbyt silny wiatr i to NW. Śniadanie i ruszamy, bo to prawie 200km na Sevillę, potem na zachód na wybrzeże. Po drodze spotykamy JJ więc trafienie nie jest już problemem.  Na miejscu trochę słaby kierunek, wiatr ślizga sie po klifie, nikomu nie udaje sie utrzymać. Więc uskuteczniano aerobic i inne śpiewogry.

plaza

plaza2

Hyeny okazuje się, że nie boją się wody, a że Atlantyk ciepły na rezultaty nie czekaliśmy długo. Było porno, nude i transseksualnie,  a to za sprawa Małego z którego zdarto gacie (a może to ocean zdarł) i paradował nago. Poratowała go Iva,  która użyczyła mu swego stanika żeby osłonić przyrodzenie. Sama została z gołymi cyckami i juz nie pamiętam jak sobie z tym poradziła.  Chyba normalnie. Po tych ekshibicjonizmach odbył sie międzynarodowy mecz piłkarski, grał jeden obcokrajowiec. Generalnie był remis 5:2. Jako, że woda wyciąga a pora była obiadowa to po zmianie majtek udaliśmy sie obiadować i piwkować. Niektórzy winowali. Po powrocie start z klifu i bujanie sie do zmierzchu. Powrót i wiadomo. Były jeszcze plany na zwiedzanie Sevilli, ale się rozeszły po kościach.

Dzień 5 – 13.10

Wczoraj w czasie drogi powrotnej padło hasło Grenada. Dzisiaj z rana padło hasło Teba. A wiec trzeba czy nie Teba stado sie rozdzieliło. Arek, Sergio i Iva wyruszyli o 6 rano do Alhambry, a reszta po południu do Teby. Pierwszy wystartował Łysy. Szału nie było, a mina po powrocie mówiła wręcz przeciwnie. Po raz kolejny okazało się, że jak lokalesi nie latają to i przyjezdnym nie wypada. Po jakimś czasie dało sie już latać, chociaż w radiu na częstotliwości lokalesów było coś o ’cojones’, nie dosłyszałem czy ‚grande’, ale to wszystko w kontekście ‚la termik’.

 

teba

Wystartowaliśmy z Artem, po kilkudziesięciu minutach lądowaliśmy na dole, całe stado już było w dwa auta. Młoda godzina, a wiec ruszyliśmy do La Vieja. A tam akwarium i latania do bólu. Polatali wszyscy. Pakowaliśmy się oczywiście po ciemku.

 

de Viecha 2

 

de Viecha 3

Dzień 6 – 14.10

Wiadomo śniadanie: ‚café con leche y huevos con bacon’ Najczęściej: ‚tres huevos’. Prognozy mówią o słabym wietrze z NE. Wybieramy Montellano. Na dolnym startowisku pustki, wygląda na dawno nie używane.  Jedziemy na górne. Siła i kierunek ok. Odpalam. W powietrzu całkiem fajnie.  Trochę żagla, trochę termiki. Deprymuje mnie helikopter wojskowy, który nieopodal robi jakieś manewry. Odpala Arek, potem Art. Naszła jakieś przymglone zachmurzenie. Zaczęło siadać.  Potem w zasadzie zloty wykonują Jarek, Iva i Michal. Pakujemy się w towarzystwie lokalnego kota i psa i wracamy do Algo. Już z drogi widzimy,  że jest miodowe latanie ze startowiska zachodniego w Algo. Miejsca mało, szpeimy się i odpalamy sprawnie. Latania do ścięcia białka. Laminarny żagiel z łagodnymi kominami na przedpolu. Kręcenie z orłosępami robi wrażenie. Dzień wykorzystany maksymalnie, wyssany do szpiku kości. Wszyscy zadowoleni. Piękne zakończenie wyjazdu.

 art tutaj Art z nowym kolegą

el lijar 2

Powrót – 15.10

Pobudka 2 w nocy. Jazda z miedzytankowaniem do Malagi. Odprawiamy się, zdajemy auta. Wszystko bez niespodzianek. Bramka nr 30. Sergio tradycyjnie już gubi kartę pokładową. 6:30 opuszczamy Hiszpanię. 9:50 jesteśmy w Krakowie. Żegnamy się, nie obyło się bez uścisków i łez… i gitarra. Kolejne wyjazdy, latanie przed nami.

MArek